Zabieranie dziecka odbywa się powoli. Czas ma blade palce, długie jak kłącza chciwej byliny. Podziemny wysłannik światła z chorobliwej hodowli umie je wyplątać ze świata. Odciąć od ziemi. Złapać. Zasadzić jego umysł, aż wypuści korzenie. A ciało porzucić ludziom jak łuskę zdjętą z nasiona.
Aż w końcu budzisz się z pustym dzieckiem. Jego myśli wrosły w inną ziemię, jego słowa - bez drzwi, oczy - zamurowane pokoje.
Nie wiadomo kiedy zabrało je coś, co rośnie jak nowotwór- bez światła, powietrza i wody i toczy do końca innym życiem.
I wtedy myślisz o tym, aby wniknąć w ziemię, przepłynąć miąższ kamienia, przejść na drugą stronę. Wejść tam, gdzie inne piętro świata, gdzie jego podziemia, gdzie rosną dziwne rośliny w języku życia, które mówią do dziecka w nieznanej mowie.
Chcesz dostać się tam, wykraść swoje dziecko, na nowo wyłuskać z kosmosu ,otoczyć słowami. Chcesz wejść tam , gdzie rozdziela was jego choroba. Nie wiesz jeszcze, że możesz przejść na jego stronę. Lecz nie ruszaj się z miejsca. Kochaj i bądź przy nim.
Echolalia jest bóstwem z Luster. Mieszkają tam też Odblaski, Refleksy i Imitacje, lecz tylko Echolalia dostała dar mówienia.
Ta piękna oszustka nie ma nawet ciała. Cała jest odbiciem, sfałszowaną pieczęcią pod znakami słowa. Przedrzeźnia i powtarza przedrzeźnia powtarza
Za dnia spaceruje niosąc przed sobą lustro, w które łapie słowa jak odbłyski dźwięków. Puszcza nim złudne zajączki na ścianie. na ścianie powtarza
I ma puste serce, z kryształowym dzwonkiem. Kiedy kogoś zrani nieopatrznym słowem, śmieje się srebrzyście po tafli lustrzanej, Echolalia nie czuje nie czuje nie czuje ciężaru i powagi słowa wagi słowa i słowa
Złodziejka i szachrajka, ale nieszkodliwa. Co ukradnie -odda, co pożyczy -wyda. Nie odpowie: dlaczego? dlaczego? dlaczego
Gdy straszy - to niestrasznie i nieswoim głosem. Lecz czasem coś w niej odciśnie ślad po cudzym strachu, więc odbiega szybko, rzuca swoje lustro, potłuczone kawałki wpatrują się w niebo Echo biegnie za nią dlaczego? dlaczego
W gnieździe uplecionym z rzeczyprzypadkowych zamieszkał młody człowiek i karmi chorobę wielkim głosem.
Szerszeń krąży nad gniazdem, niech go strzegą gładkie elipsy myśli, niech nie zderzają się z sobą orbity na głową. W aureoli z bzyczących owadów, natrętnych myśli, układa każde słowo na nowo.
Nikomu nie udało się tam wejść, mimo, że był wpuszczony. Logika gnie się w kolanach z gumy, odbija się od ściany. Zanim zapukasz- porzuć miliony lat, którymi masz wybrukowane w głowie, tepasujące kostki DNA złożone w funkcjonalny wzorek.
A gdy zapętlą się wątki ( a tak się stanie) i porwą się
nitki w głowie, coś za włosy pociągnie go do krzyku, przesunie głosem po podłodze. Zapadną się obrysy,spłyną smugi po ścianie, a gniew człowieka obróci się przeciw tobie.
Będziesz musiał odejść z garścią domysłów gubiąc je na schodach, nieprzydatne, skulone w sobie.
Pola mieszka za szafą. Pochodząc pukamy. Hej, Pola gdzie się skryłaś? - odpowiada Pola i szuka siebie wokół, przygląda się ścianom.
Trzeba przejść przez dwie bramy. Pierwsza ma dwa skrzydła. Anioł rozkłada ramiona skrzypiąc zawiasami. Potem suchy korytarz. Ciemno. Długa droga. Drewniana podłoga skrzypi i chwieją się ściany.
Druga brama jest pusta, ma otwarte oczy. Oczy zarosły drewnem i patrzą do tyłu. Nie ma przejścia. To wszystko jest zamknięte w sobie. Nie ma klamek i znaków. I żadnej szczeliny.
Jedynie w słojach drzewa czas zostawił ślady: blizny po dorastaniu, obręcze na szyi. Miazga narosła powoli a ściany zgęstniały W miąższu drzewa jak syrop przeciągną się soki, ugrzęźniemy w domysłach - gdzie skryła się Pola?
Ola jest schowana za ruchem. Ruch ją odgradza od świata. Jest mocniejszy odrąk,
które ją trzymają, bo można przyczepić do ziemi jej ciało, ale Ola nie wyjdzie. Krąży po orbitach między synapsami. Brak łączności z ziemią. Sygnał jest za słaby. Z oddalidochodzą dźwięki zamkniętej zabawy.
*
Paulina
Paulina wtopiona w
bazaltową figurkę przeciera oczy,rozpruwa kamień jak bibułkę długimi rzęsami,filtruje światło do ścieżki, którą wykuli w niej ludzie. A ścieżka jest lekko przymknięta i wije się jak tunel. Na zboczach wiszą słowa odwrócone plecami. Paulina urywa skrawki zdań ze ściany. Pod nimi wyryty relief,zatarty szyfr w kamieniu opowiada urywki z księgi rodzaju ludzkiego.
Powietrze wisi jak szmata, a tępy nóż przeciął ciszę. Świat rozpołowił się w głowie, a strużka myśli wycieka tam gdzie brudna jest ziemia, gdzie mętne niebo wypływa, gdzie stoją rzeki i łąki, gdzie czas kiwa się na boki.
Mieszka tam Melancholia - bogini od zniechęcenia. W pradolinie po płaczu, w rozległej dolinie smutku, czas jej mija do tylu, rozwija szare bandaże, aż odsłoni się rana. Ból już dawno nie parzy.
Poniżona przez bogów, żeby trwała bez celu uparcie stoi w miejscu. Wrasta w siebie jak drzewo, aż zdrewnieje do końca. Nigdy nie pyta dlaczego.
Dlaczego? Są takie miejsca wymarłe, gdzie pytań nikt nie stawia. Są takie miejsca jak sama odpowiedź do pytania, którego nikt nie zadał.
Codziennie odpinam z wprawą klamry słowa od znaczeń. Składam zestaw podróżny: odrzucam bagaże - życiowy tobół, myślenie według kalendarza, Wywalam prawdę (bo ciężka, każde słowo waży)
Biorę czujność, teleskop (żeby widzieć dalej) Czułość (będą pytania), mapę uczuć (bo błądzę) Wyruszam w kosmos z synem, tam skąd przybył do mnie. W kosmosie ziemia nie ciąży. Fruwamy nad światem.
On mówi w języku polskim pozbawionym nacji. Przybył do niego i osiadł jak język wszechświata, migruje po znaczeniach - słowa są przenośne, zdania są jak pułapki, pojęcia zbyt wąskie.
Wszystko, co umiem nazwać jest jak fresk na tynku, Wystarczy krzyknąć głośniej, aby spadł ze ściany. Kulejąc o własnych myślach wciąż podążam za nim. Dochodzimy do sedna, gdy się spotykamy.
Dyskalkulia nie jest bóstwem z Chaosu, choć żyje tam na wygnaniu. Została przepędzona z krainy Abstrakcji z powodu bluźnierstw rzucanych na jejDoskonałość Matematykę. Zabrali jej cyfry, miary i wagi, zabrali jej zegarek i sznurek, żeby nie zrobiła takiego głupstwa jak człowiek - główny księgowy w celi w rubrykach "winien" i "ma" liczący na coś więcej.
Dyskalkulia - bogini nieładu widzi inny porządek świata. Chodzi nad brzegiem morza, nie wierzy liczbom i na nic nie liczy. Przesypuje piasek w dłoniach i widzi każde ziarenko z osobna.
Obok leży martwa mucha, pojedyncza i skończona. Egzemplarz życia i śmierci w jedności ze sobą.
W morzu niezliczona ilość kropel szumi jednym głosem. Dyskalkulia patrzy i widzi, że codziennie zachodzi słońce.
Oto krok w stronę świata W stronę kociego burczenia w brzuchu Wysiłek zatrzymania myśli Mocowanie się z lokomotywą Odszukanie miejsca okoliczności czasu
Rozpoznać kota Zlokalizować miauczenie Szybka translacja skutku na przyczynę Decyzja Kiełbasa Nóż Miska Uśmiech
Michał jesteś wielkim człowiekiem Nie tylko dla kota
Było dwoje dziwaczków Mieszkali pod krzaczkiem Ona była dziwaczką I on był dziwaczkiem Mówili w języku roślin Kreśląc kształty w przestrzeni I coraz wyżsi rośli Jak inne płodyziemi echo la echolalia
Ale bajka lubisię gmatwać i jak szkło zazgrzytać Zesłać
wilka rymy pogubić
rytmem zamieszać Dysharmonia dysgrafia
i dyskalkulia Dysonans i dysharmonia
Teraz zamieszka tu trudność wszelaka Ładne będzie się bratać z brzydkim Proste z trudnym a czarne przykryje białe
Było dwoje
dziwaczków Mieszkali pod krzaczkiem Ona miała padaczkę A on był dziwaczkiem echo la echolalia dyskalkulia alalia
Inne dzieci mówią o niej ta Krysia co nie mówi ale ona nie wie o tym i nie odpowie Bo nie ma słów dla Krysi
AleKrysia dobrze wie co do niej mówi karuzela co obiecuje i czym kusi i że dotrzymać umie słowa
Na pewno ją weźmie wysoko i uniesie nad ziemię będzie jej mówić w języku karuzel że jest coś dobrego na świecie wirowanie i kręcenie śmiech i łapanie cienia I że życie życie jest dobre kiedy trochę zawróci w głowie
Mijam ją chyba czasem na ulicy. Idzie spokojna i prowadzi wózek. Wózek pnie się w górę. Dziecko rośnie. Nic, co było otwarte nie jest zamknięte Wyjście jest jedno, a dróg tysiące.
Chyba czytam jej listy w internecie. Na forum dla matek pyta kiedy podać marchewkę? Mąż jej mało pomaga, chce schudnąć pięć kilo, czuje się zmęczona, chce wrócić do pracy, a na razie ogranicza kontakty z teściami.
Niczego nie planuje, nie ma większych ambicji, Tenis i jazda konna - przesada, angielski - tak, to dzisiaj podstawa. Żeby było szczęśliwe. Dobra szkoła. Kiedyś. Kreatywność. Twórczość. Żeby było sobą.
Każde dziecko rozwija się w swoim tempie. Einstein też nie mówił do trzeciego roku życia
Ona nie wie jeszcze. Na razie cieszy się, że dziecko jest zdrowe i ładnie przybiera na wadze.
Znam chłopca który nim zaczął mówić postradał słowa
Słowa nie trzymały się niczego Opadały jak strzępki papieru podarte cudzą ręką
Padał śnieg padał deszcz padały słowa
Forma przechadzała się obok treści po ścieżkach w jego głowie gdzie wydreptała inny chaos niż ten który znamy
Któregoś dnia jakieś słowo wpadło mu do głowy i trafiło tam gdzie było światło Wypączkował z niego świat na cienkiej łodydze i bujał się jak balon na nitce poruszany dźwiękami
Ludzie mówili że to nic nie znaczy Że to echo odbity cień znaczenia zatykali mu oczy żeby nie szedł za nim odludną drogą
Ale to jedno słowo mówiło mu o wszystkim i ani słowa więcej jestem jesteś jestem
Dziś odegrała starą pantomimę, bez słów choroba przeszła jej przez gardło.
Jej dzieciak w sklepie rozkrzyczał się głośno (Rozstrzelać matkę!) Padło kilka spojrzeń. I trup się ściele na podłodze ,dziecko głos ma donośny, wali się po głowie.
Pora zatańczyć, nim ją podziurawią wszystkie końcówki statystycznych pików, uwierać mogą - lecz nie na widoku.
Miotacz spojrzenia i głowa wysoko. Trudno, niech się drze, wszystko pod kontrolą. Wrzaski łagodnie unisono ręką w tunel wprowadzić miękko głaszcząc głowę. Bardzo cię proszę uspokój się wreszcie
Dezorientacja sunie już po szynach z pytań co wiszą jak śledzie na sznurku. Z każdego oka belka się wysuwa, ostro spojrzeniem wkłuwa się do środka: O co tu chodzi? Czy skórę mu złoi?
W ostatnich krokach tego menueta przytulić dziecko i dostać od niego w gębę na odlew I nic nie powiedzieć
Cisza zapadła się miękko w domysłach
Aaa, już wiadomo chore umysłowo
Zapłacić w kasie, wyjść prosto po linie, która wystaje z każdej pary oczu. Potem się potknąć na własnym zakręcie. Zdjąć buty, cisnąć w obolałe serce.
Kiedy będziesz wysoko, pomiędzy piętrami a stukot moich butów umilknie na dobre - nie biegnij za mną, nie szarp klamek. Zejdę po schodach z twoim lękiem we mnie, zamkną mi w oczach strach o ciebie.
A ja już tylko w tobie przeplatać się będę, urywkiem szyfru w żyłach, kruchą nicią w kodzie. Półnutą w innej partyturze, ukrytym dźwiękiem w kakofonii. Nie wiem jak wtedy ci odpowiem: Nie bój się, wszystko będzie dobrze...
Dawno temu bogowie wykradli ludziom dziecko. Zatrzasnęli je w sobie. Oddali zmienione. Zamknęli jak nasionko, wkłuli w kroplę wody, żeby rosło w głąb siebie jak bluszcz w nerw zapuszczony, aż wypełni się sobą, tak ciasno jak liśćmi. i całym zostanie światem - swoim i dla siebie.
Rozmazane kontury sączą się po ścianach. Świat skręcił w korytarze, dłuży się i ciągnie. Wszystkie ścieżki się gniotą zaciśnięte w pięści a dziecko jest jak embrion, który zapadł w siebie jak w sen. Na zewnątrz ludzie - ruchome przedmioty niepokoją je zgiełkiem i ciągną do siebie, rozwijają mu myśli długie, blade zwoje, rozwieszają na sznurach w liniach, cyfrach, kodach. Rzucają ciągle słowa jak puste nasiona - a dziecko jest człowiekiem, który nie ma formy.
Dawno temu bogowie wykradli ludziom dziecko Oddali je zmienione, w inny plan zaszyte, żeby rosło w głąb siebie, aż do szpiku kości. Do tego, czego ludzie nie wiedzą o sobie.
Perseweracje – to grupa bezgłowa, bezkształtna plazma i istota szara, Jej Eminencja Ektoplazma w mowie, która wysławia się szperając w słowach. Mowy śmieciowe spoczęły na tronie.
Organizm stadny podobny do grzybni obrasta myśli, pasie się na dźwiękach. Treść żerująca pełznie już po formach, pełznie i szuka dla siebie wyrazu.
Z wielkiego kotła dźwięków chmarą roje urojeń chmurą fruną nad potokiem słów, gdy urywa się kawałek zdania i wpada w ucho dźwiękiem jak pociskiem. Wystrzeli zdaniem jak korek z szampana:
P e r s e w e r a c j a Persona non grata I znów wers wraca n o n g r a t a n o n g r a t a
Tiki to drobne, szybkie, uszczypliwe gnomy o żabich oczach, uszach ciągle nastroszonych. Zasiedlają te wąskie, podłużne szczeliny, wąwozy, rozpadliny pomiędzy rzekami, gdzie płynie cicho życie jednostajnym nurtem - tak jak serce im tłoczy rytm mijania w ciele.
W ten rytm nieodczuwalny dla ludzkiego oka wrzynają się zębami i ciągną do tyłu. Napaść z pętlą na szyi, cios w nerw naprężony. Ultradźwiękami gestów jak cieniutkim wiertłem, wcinają się z precyzją między mowę mięśni.
Gdy zapętlą się myśli i zwiną się w rulon, potem skręcą się w supeł wielokroć spiętrzony, staną dęba na czubku jak na brzegu fali, to przewrócą znaczenia do góry brzuchami jak śnięte, śliskie cienie słów niedokończonych
I tam mówią chichotem: Wszystko jest chaosem! Mamy dzielić na drobne każdy gest i minę, od nowa szybkim ruchem szarpać je na strzępy, bełkotać w szumie rzeki, mącić nurt krwiobiegu.
Gesty mnożyć od nowa ,od no wa od no wa, mrużyć oczy na powrót na po wrót na po wrót, dreszcze mięśni ponawiać po na wiać po na wiać Zgrzyt odtwarzać po zgrzycie i ciągnąć go znowu, wstrzymać ruch innym ruchem i w ból go wprowadzać.
Alalia jest boginią mgły i zabłąkania. Krople dźwięków ją męczą jak dudnienie deszczu. Coś przeczuwa, bo dźwięki przeszywają ciszę, spadając w jej ramiona jak ciężar z ołowiu, ale ich nie zrozumie, nie obejmie słowem.
Perłowa, przeźroczysta - prawie nie ma ciała, choć jego cień się snuje po pustych pokojach. Alalia fruwa w oknie jak wzdęta firanka i obłąkanie szuka jakiegoś wyrazu .
Ciągłe nieznajdowanie, majaczenie, tropy, które wnikają w ziemię przysypane piachem, zanim zdąży skierować tam niepewne kroki, już odlatuje ptactwo zebrane nad grobem.
Alalia trochę senna a trochę zbudzona w somnambulicznym transie ciągle kogoś woła, macha chusteczką z okna daje tajne znaki, ale nigdy słodyczy nie zaznała słowa.
Zawsze po drugiej stronie jest symetrią ciszy Niema i niegotowa, aby ją wypełnić. Krzyki są dla Alalii jak dzikie rośliny, które kreślą w powietrzu chwiejne hieroglify
Kompulsje są niecierpliwe jak konie na starcie. Mają siłę zwierzęcą i rozum owadzi. Coś im pęta kopyta i splątuje grzywy, więc motają się w stadach skłębione i czarne.
Zawsze razem, lecz wściekłe na siebie wzajemnie. Spięte nierozerwalnie ze sobą, z żądaniem żeby natychmiast metę dopaść i stratować, każdą przeszkodę rozpruć, na strzępy rozerwać.
Gdy pędzą - to przed siebie, nie patrząc na ściany, lejce na nic, ból tylko wzmaga chęć galopu. A gdy dotrą na metę, to nie ma wygranych. Nikogo na trybunach, żadnego wytchnienia…
Tylko kopyta krwawe i następna meta pali się pod nogami, niezdobyta ziemia, w której zasiano ziarna pączkującej ulgi. Lecz pole nie zakwitnie pod ich kopytami.
Natręctwa jak Kompulsje żyją w dzikich stadach. Biegają w kołowrocie po tym samym kole, obszarpują nogawki ząbkami jak dreszcze, ujadające pieski na drodze do celu. Mają kąsać i szczekać, zawracać od progu, Gryźć myśli wciąż te same i dręczyć po drodze, aż zamienią drogę w przetrząsanie ściegów, którymi szyte wszystko na miarę obłędu Kogo złapią - ze sforą biegnie po okręgu.
Jeszcze ra , jeszcze, zawróć, policz swoje kroki. Sprawdź dobrze kilka razy, jeszcze raz. Od końca do początku, od początku do końca Sprawdź Do końca od początku, do początku od końca Raz jeszcze razy kilka, dobrze sprawdź Kroki swoje polic , zawróć jeszcze raz, jeszcze
Kogo złapią - ze sforą biegnie po okręgu. Jeszcze raz, jeszcze, zawróć, policz swoje kroki Sprawdź